By arkwal on Skatehive
Pamiętam ten moment, kiedy pierwszy raz zobaczyłem Commodore 64. Stał u kumpla na biurku jak relikt z innego, lepszego świata. A ja? Ja byłem wierny swojemu Atari 130XE (choć wtedy mówiliśmy na niego pieszczotliwie „130 XR” – bo brzmiało bardziej kosmicznie). I zaczynało się porównywanie. Ten charakterystyczny chlebak C64. Beżowa obudowa, klawiatura jak z maszyny do pisania przyszłości i ten magnetofon, który wył przy wczytywaniu jak startujący odrzutowiec. U mnie też wył. Tylko inaczej. Każdy komputer miał swój dźwiękowy podpis — taki modemowy śpiew lat 80., który dziś byłby nie do zniesienia, a wtedy oznaczał: zaraz zacznie się magia. Na moim Atari ładowało się długo. Bardzo długo. Człowiek siedział i patrzył w telewizor jak w ognisko. Na C64 też się ładowało długo — ale tam grafika wydawała się bardziej kolorowa, dźwięk jakby pełniejszy. Ten legendarny SID robił robotę. Człowiek nawet nie wiedział, że to się nazywa SID — po prostu było „wow”. Pamiętam pierwsze odpalenie „River Raid”